Owczarek staroniemiecki
Miot H (3)

06.09.2026
Po zeszłorocznym skojarzeniu tej pary, z którego wyszły szczenięta o doskonałym fundamencie i charakterze, postanowiłam powtórzyć ten zestaw genów. Wydawałoby się, że okres 14 miesięcy jest wystarczająco długi, by mieć pewność podjęcia słusznej decyzji, tym bardziej że przez ten czas żaden z nabywców szczeniąt z poprzedniego skojarzenia, nie zgłaszał problemów zdrowotnych. Kiedy Happy była już w ciąży dowiedziałam się o jednym przypadku dysplazji bioder u pieska po tych rodzicach. Dopytałam pozostałych – nie było problemów. Cóż… jak to mówią kto nie ryzykuje, ten w pierdlu nie siedzi. Mam nadzieję że tym razem układ genów będzie dla szczeniąt tej pary łaskawszy.
Ciąża przebiegła prawidłowo. Badania kontrolne Happy przed i w trakcie ciąży wypadły wzorowo. Rozwiązania oczekiwałam około pierwszego września, przeciągnęła mnie do trzeciego. Nocny spadek temperatury zapowiadał rozpoczęcie akcji w godzinach popołudniowych lub wieczornych. I tak też się stało. Happy pod koniec ciąży wyglądała jak wieloryb. Dosłownie. RTG nie zrobiłam, ale obstawiałam przysłowiowy „strzał w dziesiątkę”.
Akcja porodowa rozpoczęła się 03 września o godzinie 18.00. Książkowo odeszły wody, w ciągu półtorej godziny urodził się pierworodny syn – czarny chłopczyk. Waga 500 gramów czyli w sam raz jak na pierwsze szczenię torujące drogę dla pozostałych. Dwadzieścia pięć minut później – drugi piesek – tym razem wilczasty. Waga ciut wyższa – 540 gramów. Tendencja wzrostowa. Trzecie szczenię – również wilczasty piesek waga znów o oczko wyższa – 570 gramów po kolejnej godzinie. Od tej chwili podsumowaniem dalszego przebiegu porodu powinno być stwierdzenie „tak dobrze żarło i zdechło …”
Na kolejne szczenię nie czekałam długo bo 45 minut, niestety chłopczyk rodził się pośladkowo, bez pęcherza płodowego, co ze względu na brak poślizgu utrudniało wyjście. Mimo parcia utknął nam już przy samym ujściu z kanału rodnego. Wysunięte nóżki w bioderka to wciąż za mało żeby stabilnie i bezpiecznie chwycić szczenię i pomóc mu wyjść z kanału. Zanim nadeszły kolejne skurcze i udało się malucha uwolnić z pułapki – niestety małe serduszko stanęło. Mimo próby reanimacji nie udało mi się przywrócić czarnego skrzata do życia.
Dziesięć minut po nim urodziło się kolejne szczenię – tym razem suczka. Maleńka (100-150 g), zmumifikowana. Całe szczęście w pęcherzu płodowym, choć łożysko wskazywało już na proces obumarcia. Trudno powiedzieć w którym momencie rozwój tego szczenięcia został zatrzymany i obumarło, bo patrząc na budowę anatomiczną wszystko było wykształcone.
Tu nastąpiła dwugodzinna przerwa. Jako ostatnia tego dnia (pięć minut przed północą) przyszła na świat srebrna suczka z wagą 340 gramów. Mniejsza ale bardzo silna. Wydawało by się, że poród dobiegł końca. Oxytocyna podana dwie i pół godziny później spowodowała tylko wyplucie z macicy jednego łożyska. Do szóstej rano nic więcej się nie wydarzyło. Happy zrelaksowała się, zasnęła spokojnie, żadnego parcia już nie odnotowałam. A nie spuściłam jej z oka, ponieważ zawsze w czasie porodu przebywam w porodówce razem z matką i jej szczeniętami, nawet jeśli padam na pysk to i tak tuż obok rodzącej. Reszta nocy minęła spokojnie. I w zasadzie uznałabym temat za zamknięty, gdyby nie wielkość brzuchola rodzącej. Nie dawało mi to spokoju. Po konsultacji z weterynarzem podałam Happy jeszcze jedną dawkę oxytocyny, po której Happy …. zaczęła przeć! Nadmienię, że od urodzenia ostatniego szczenięcia upłynęło już prawie 12 godzin! Niestety po godzinie parcie ustało, więc już nie było wątpliwości. Szybkie pakowanie , kontener dla szczeniąt, termoforki, kocyki, podkłady. Druga sprawa – przygotowanie samochodu, do przewozu rodzącej. Mój Dusterek jest przystosowany na takie akcje. Wkładam prześcieradło i jedziemy. Niestety los tak chciał, że od tygodnia nasz psiowóz stoi w warsztacie, a ja mam samochód zastępczy. Skoda Octawia na szczęście jest samochodem, który ma ogromną przestrzeń bagażową, więc nie musiałam pakować suki na tyle siedzenia. Ale ma tez boki bagażnika wyściełane tapicerką, więc musiałam szybko coś wykombinować, żeby tego wszystkiego nie upaprać krwią. Suma summarum wystartowałyśmy do lecznicy w Kostrzynie Wlkp. ok. 14-stej. Uprzedziłam telefonicznie że wiozę sukę na 99% na cesarkę, żeby byli przygotowani na tę okoliczność. Kiedy dotarłyśmy na miejsce doktor operował jeszcze, więc trzeba było chwilę poczekać. Wznowiona akcja porodowa oczywiście ustała całkowicie, więc tak naprawdę nie liczyłam już na żywe szczenię, raczej była to kwestia ratowania Happy. Badanie USG wykazało obecność szczenięcia w brzuszku, jednak w tym obrazie żeber bijącego serca nie stwierdzono. Happy dostała znieczulenie i została zabrana na salę operacyjną a ja zostałam w gabinecie, w którym nas przyjęto. Piętnaście minut później technik weterynarii asystujący przy cesarce przyniósł mi kartonik wyłożony grubo ligniną a w nim … dwie puppy niespodzianki! Okazało się że w brzusiu skrywały się jeszcze dwie dziewczynki. Czarna i srebrna. Doktor mówił, że tą srebrną musiał reanimować i ona była zdecydowanie w gorszej kondycji, kiedy je dostałam. Była zalana, więc miała problem z oddychaniem. Długo ją nacierałam, oklepywałam, odbarczałam z zalegającego śluzu. Pomagałam oddychać. Obie oczywiście dostały leki wykrztuśne i p/zapalne. Jak już opanowałam problem z oddychaniem i odłożyłam dziewczynkę do podgrzewanego kontenera, to czarna dama zaczęła domagać się uwagi, więc zapakowałam pod włochatą pazuchę sweterka, i tak siedziałyśmy czekając na mamuśkę. I zaraz nastała cisza. Dobrze było malutkiej. Chyba potrzebowała jeszcze przez chwilę posłuchać bicia (a raczej łomotania) serca.
Dla karmiącej dostałam do domu antybiotyki, i zestawy do płynoterapii na dwa dni. Teraz tylko trzymać kciuki, żeby nie doszło do toksemii po porodowej u Happy. Martwy płód plus atonia macicy predysponują do tego zakażenia.
Przed powrotem do domu szczenięta urodzone w domu , podróżujące ze mną zostały ponownie nakarmione, mimo że Happy jeszcze była w objęciach Morfeusza. Przed wyjazdem z Kostrzyna prześledziłam jeszcze radar pogodowy, gdyż od kilku godzin nadchodziły ostrzeżenia o intensywnym froncie z obfitymi opadami i silnym wiatrem nadciągającym nad nasz region w godzinach późno popołudniowych. I jak to należało się spodziewać, trafiłam w drodze powrotnej na najgorszy moment, czyli przejście frontu szkwałowego a jak się później dowiedziałam nawet i trąby powietrznej w odległości 15 km od mojego domu. W momencie uderzenia byliśmy akurat na drodze szybkiego ruchu (kier Bydgoszcz).Wycieraczki nie wiem na którym biegu, ale machały szybciej niż ja dycham po biegu na setkę. Prędkość zredukowana do 70 km/h ( wszyscy tak grzecznie jechali ) a i tak widoczność praktycznie zerowa. Dobrze że jest oznakowanie poziome, bo ma się jakiś punkt odniesienia własnego położenia względem drogi. Po zjechaniu z es-ki droga wcale nie była ciekawsza, mimo że padać już prawie przestawało. Natomiast siła wiatru wywołała lawinę połamanych drzew, gałęzi mniejszych i większych, którymi usłany był asfalt, więc trzeba było jechać bardzo powoli, żeby nie uszkodzić podwozia. Dodatkowo w tym samochodzie jest bardzo nisko przednia owiewka, więc każde stuknięcie w podwozie przyprawiało mnie o zawał serca. Wisienką na torcie był zator w postaci leżącego drzewa na drodze i przemiłych panów strażaków, którzy już działali żeby to uprzątnąć, niemniej czas oczekiwania na przejazd wynosił ok. 20 minut. A do domu miałam dosłownie 1,5 km. Chcąc nie chcąc zawróciłam i pojechałam objazdem. Dotarliśmy do domu ok. godziny 20.00
Happy już dobudzona z siłą wodospadu wciągnęła mnie do domu. Zaraz dzieciaki do cyca bo już ponad godzina minęła od ostatniego karmienia. Tylko srebrzynka urodzona w lecznicy nie chciała jeść. Brak odruchu ssania. Dałam jej czas. Po dwóch godzinach nadal brak zainteresowania cycem. No nie, tak nie może być. Dawno tego nie robiłam, ale zmuszona byłam do założenia sondy do żołądka. Jedno sondowanie wieczorem, drugi raz w nocy. Wóz albo przewóz. Jak nie będzie jadła, będzie słabła i nie będzie czasu a co za tym idzie szansy na przeżycie. Jak ją nakarmię sztucznie, przynajmniej nie będę miała wyrzutów sumienia, że nie zrobiłam wszystkiego żeby to małe istnienie uratować. Odruch ssania czasem przychodzi po kilkunastu godzinach. Zdarzały mi się i takie przypadki, gdzie szczenię nie miało siły wytworzyć podciśnienia by zassać mleko z sutka na tyle żeby jeść i rosnąć na równi z rodzeństwem. Ale to mija. Z tego się wyrasta.
Rano (05 września) kontrola wagi – nie ma spadku. To dobrze. To znaczy że coś tam do tego brzuszka wpada. Powoli malutka zaczęła wykazywać zainteresowanie cycem, choć siły nadal mocno ograniczone, No to już wielki sukces! Pomagałam przy każdym karmieniu, podstawiałam najlepszego cyca, ograniczałam dostęp większych i silniejszych szczeniąt. W ciągu dnia już praktycznie cały czas siedziała przy cycu. Wieczorne ważenie nie wykazało przyrostu wagi ale też nie ma spadku. Mała jest aktywna i sama garnie się do jedzenia. Czekamy.
Noc spokojna, maluchy wszystkie przy cycu. Po nocy kruszynka przybrała 10 gramów, a kolejne kontrolne ważenie w środku dnia wskazało na dalszy przyrost wagi więc chyba nam się udało. U Happy temperatura się stabilizuje – nie przekraczamy już 39,5 stopnia. Jest też dość obfity wyciek z dróg rodnych, czyli macica się obkurcza. Maluchy robią dobrą robotę.
Rutynowa kontrola wagi srebrnej suczki wieczorem 06.09 czyli w dwie doby po urodzeniu wskazała wartość 550 gramów! To już daje nam przyrost masy ciała 70 gramów w ciągu doby! Jest progres i to duży. Uff…
