Owczarek staroniemiecki
Miot G (3)

10.05.2026
Od czego by tu zacząć …
Mówią – do trzech razy sztuka. Wera jest córką Honey Black Wolves (Tigry), wnuczką w prostej linii Jacy von El Dorado. Prowadzę tą linię od początku istnienia hodowli. W genach idą same najlepsze cechy charakteru. Psy stabilne psychicznie, z wysokimi kompetencjami społecznymi, myślące, inteligentne. Przed tą ciążą, kryłam Werę dwukrotnie. Pierwsze podejście, po nieudanej próbie krycia naturalnego – inseminacja dopochwowa. Mimo sprawdzenia przed kryciem wszelkich parametrów, ciąży nie było. Drugie podejście – krycie naturalne (inny pies). Progesteron na odpowiednim poziomie, pełne zakleszczenie. Jechałam na USG praktycznie dla formalności. Jakże ogromne było moje zaskoczenie, kiedy okazało się że ciąży nie ma 🙁
Przed kolejną cieczką wykonałam u Wery wszystkie możliwe badania. Rozszerzone badanie krwi z tarczycą, profil rozrodczy na choroby zakaźne (chlamydia, herpes virus, mycoplasma, bruceloza). Tu wyszła mi tylko mycoplasma, która w powiązaniu ze stanem klinicznym i epidemiologicznym uznana została za nieistotną, nie mającą wpływu na proces rozwoju ciąży. Posiew bakteryjny z pochwy. Czysto. Nic, wszędzie nic! Nie ma się czego przyczepić. Przygotowując ją do krycia po raz trzeci, zrobiłam dodatkowo USG jajników, cytologię i chyba trzykrotnie badanie progesteronu. Wiem już z poprzednich prób, że progesteron u niej rośnie bardzo szybko. To także uwzględniłam w procesie przygotowania do ciąży. Pierwsze badanie wykonałam w czwartek z wynikiem 1,37. W piątek nie było sensu powtarzać, ale w sobotę już tak, bo do poniedziałku mogło by być za późno. Specjalnie dla mnie, Pani technik wet przyszła do pracy w sobotę (doktórka była w tym czasie na urlopie). Pobrała krew i oznaczyła progesteron. Wynik wcale mnie nie zdziwił – było już 8,37 ! W poniedziałek o 14.00 wynik pokazał już 15.
W sobotę po otrzymaniu wyniku progesteronu, telefonicznie umówiłam się ze specjalistą ginekologiem, na inseminację endoskopową (domaciczną).
W poniedziałek rano zapakowałam Werę do auta i pojechałam po Nestora do Obornik (80 km ode mnie). Stamtąd z dwoma psami bezpośrednio do kliniki pod Poznaniem, gdzie miała miejsce inseminacja. Pobrane od Nestora nasienie było czyste i dobrej jakości jak na jego wiek (8,5 roku). Po zabiegu spieszyłam się do domu, gdzie zostały z Jeską 4 tygodniowe szczenięta. Nie odwoziłam Nestora do jego domu do Obornik, przywiozłam go do siebie. Wypuściłam na osobny wybieg dla gości i po oporządzeniu maluszków, wzięłam go na krótki spacer. Wykorzystałam chylące się ku zachodowi słoneczko, żeby zrobić kilka zdjęć. Kilkanaście dosłownie, bo Nestor nie bardzo „kontaktował”. Chodził jakiś smutny, ze spuszczoną głową, węszył, jakby zawieszał się na chwilę… Trochę wydało mi się to dziwne. Zmęczony? Nieee. Wiek? Nie sądzę… Trudno mi było go ocenić, ponieważ nie przebywam z nim na co dzień (od ponad 6 lat był na warunku hodowlanym u znajomych). Jego okrywa włosowa była dość zaniedbana (wymagał gruntownego czesania), o czym poinformowałam Izę, kiedy po niego wieczorem przyjechała. W odpowiedzi usłyszałam, że za kilka dni jest umówiony do groomera na kąpiel i czesanie. A, no to ok. W takim razie jak już będzie po wizycie w salonie piękności, przyjadę na sesję zdjęciową, żebym miała aktualne zdjęcia do albumu miotu i materiał do zrobienia zapowiedzi.
Rozstaliśmy się. Nestor bez entuzjazmu wskoczył do samochodu i odjechali. Następnego dnia sprzątając wybieg, na którym przebywał znalazłam kupę (widziałam jak robił). Może nic dziwnego, jednak ta kupa była bardzo ciemna. Dla mnie nienaturalnie ciemna, prawie czarna. W rozmowie telefonicznej przekazałam swoje spostrzeżenia opiekunce Nestora. Mogło to wynikać zwyczajnie z rodzaju pokarmu jaki Nestor dostawał.
Trzy dni później (czwartek) wieczorem odebrałam telefon od Izy, opiekunki Nestora. Słowa w słuchawce brzmiały … NESTOR NIE ŻYJE… Co? Jak to nie żyje?? Co się stało??? Tłumaczyła, że wydawał się zmęczony po wizycie u mnie, że z dnia na dzień tracił zainteresowanie zabawą, jedzeniem, ograniczał kontakt z ludźmi a miejscowy weterynarz nie miał terminu na cito. Kiedy trzy dni po wizycie u mnie, wieźli psa do weterynarza, już nie wstawał. Diagnoza – babeszjoza. Odszedł tego samego dnia mimo kroplówek i wdrożenia leczenia. Gdyby trafił do jakiegokolwiek weterynarza we wtorek, dziś nie byłby tylko wspomnieniem 🙁 Świetny pies, doskonały reproduktor w sile wieku. Moje pierwsze wyhodowane w hodowli srebro… Chce mi się wyć 🙁
W 33 dniu ciąży z duszą na ramieniu pojechałam z Werą na USG. Prawie wybuchnęłam płaczem, kiedy na ekranie monitora pojawiły się kapsułki z płodami. Najpierw trzy, potem czwarte… Jest! Udało się! Ilość oczywiście nie była wiadoma, to tylko badanie sprawdzające. Zrobiłam też badanie progesteronu i okazało się, że jak na ciążę mnogą, mamy niebezpiecznie niski progesteron. Tak więc został wdrożony hormon w formie farmakologicznej. Teraz tylko trzymać kciuki, żeby nic złego się nie wydarzyło.
Dwa tygodnie później kontrolne badanie USG wypadło wzorowo. Ciąża rozwija się dobrze, poziomu progesteronu nie ma sensu robić, bo ten „sztuczny” i tak nie wychodzi w badaniach. Waga w tym 46 dniu ciąży 40,3 kg. Czyli 7 kg na plusie 🙂 Apetyt po połowie ciąży już dopisuje, trzeci posiłek w południe włączony. Muszę na nią uważać, bo zapomina że ma „balast” i nie do końca ogarnia swój gabaryt 🙂
Dziś 57 dzień ciąży. Rankiem pierwszy skok temperatury – ten przepowiadający. Śniadanie bee, obiadek bee… no kurcze, trochę wcześnie na takie grymasy… Dyszy, sapie, dużo pije. Pić może dlatego że dyszy. Jest ciepło, więc może być jej po prostu gorąco. Dyszenie pojawia się również przy skurczach przygotowujących … Kurde, w samochód i do weta. Dwukrotne USG (u dwóch różnych lekarzy) i RTG. Na zdjęciu RTG TŁOK! Jak sardynki w puszce. Trudno się doliczyć który kręgosłup do której główki przytwierdzony. Doliczyliśmy się ośmiu, ale nie było widać całego brzucha, bo Wera nie zmieściła się w kadrze 🙂 Badania ultrasonograficzne wykazały prawidłową ciążę, tętna płodów na poziomie 185-190 ud/min (norma). Przepływy krwi w serduszkach prawidłowe. Któryś tam nawet pomachał do nas łapkami 🙂 Wszystko dobrze. O dziwo, nawet wieczorem Wera zjadła kolację. Do północy jeszcze sprawdzałam poziom temperatury, która jest dla mnie wyznacznikiem i werdyktem. Dalszego spadku nie odnotowałam.
Noc spokojna. Dzień 58 – poranny pomiar temperatury wskazał 36,9! O! I mamy początek procesu odliczania! Śniadania oczywiście nie tknęła, ale w ciągu dnia aktywna (zwłaszcza przy podlewaniu żywopłotu). Pierwsze skrobnięcia posłania, przymiarka do uszykowanej porodówki. Po południu pierwsze symptomy otwierania szyjki macicy. Ale do późnych godzin nocnych nic się nie wydarzyło. Wera najspokojniej w świecie spała. Postanowiłam położyć się i ja. Mam ją tuż obok, więc będę słyszała jak zacznie się kręcić. Zabrałam jej tylko tą poduchę z posłania, na której leżała, bo pomyślałam, że gotowa mi rodzić na tym posłaniu a nie w porodówce. A że podłoga twarda, poszła położyć się tam gdzie miała przygotowane miejsce.
Śniło mi się, że rodziła. We śnie słyszałam kwilenie szczeniąt. Tak wyraźne, tak realistyczne, że … się obudziłam. Godzina 5.30 – otworzyłam oczy i … niby już nie śpię. ale nadal słyszę ten dźwięk. Do mojego zaspanego mózgu dotarło, że ten dźwięk to nie sen! W porodówce Werka właśnie skończyła oporządzać pierworodnego syna 🙂 Musiał się urodzić dosłownie kilka minut wcześniej, bo był jeszcze mokry. Instynkt macierzyński to WIELKA rzecz. Reszta porodu już w asyście. Spokojnie, bez paniki, nadmiernych emocji, histerii i innych utrudniających współpracę pies-hodowca zachowań. Wera parła cichutko, bez większego wysiłku. Trzeba było nieustannie kontrolować miejsce „pod ogonem”, bo nie było słychać, kiedy kolejne dziecię przychodziło na świat.
Końcówkę ciąży Wera bardzo dużo piła, a co za tym idzie często wychodziła na zewnątrz za potrzebą. Bóle parte potęgują odczucie pełnego pęcherza i mimo że moczu jest tam niewiele, ma się wrażenie że pęcherz jest przepełniony. Po nocy, kiedy poród już się zaczął, nie zdążyłam pójść z nią na poranne siku, więc jak tylko była chwila pauzy, a było to po drugim urodzonym osesku, wyskoczyłyśmy przed dom na szybką „sikupę”. Było siusiu, i myślałam że i dwójeczka się szykuje a tu plum! Wyskoczyła dwójeczka (a w zasadzie trójeczka), tylko jakaś większa! Nie zdziwiło mnie to wcale. Trochę ruchu, pozycja w kuckach – idealne warunki do porodu 🙂 Pozbierałam dziecko z trawki do ręczniczka i wróciłyśmy do domu. Z całej jedenastki, która przyszła na świat, jeszcze dziecko nr 9 przyniosłam z dworu w ręczniku. W tej drużynie urodził się jeden aniołek 🙁 Duże dziecko (przedostatnie), które przedzierało się przed drogi rodne bez pęcherza płodowego, co bardzo utrudniało jego przemieszczanie z najdalej oddalonego rogu macicy. Brak poślizgu wydłużył ten etap, a maski tlenowej w zestawie nie było 😉
Poród zakończył się o 16.45. Mamy dziesięć szczeniąt w przedziale wagowym 410 – 570 gram. Tylko trójka z wagą poniżej 500 gram. Tym razem górą dziewczyny 🙂 Czwórka chłopaków i sześć suczek (z Aniołkiem – siedem). Wszystkie są wilczaste iii … w tym siódemka srebrnych! Są różne odcienie, od bardzo jasnego do praktycznie czarnych. Ale czarnuszka żadnego. Będzie kolorowo jak podrosną!
Jedna z panienek (nie powiem która) będzie z pewnością przebojowa. Wieczorem, kiedy wyszłam z Werą na ostatnią toaletę, plus mycie uwalonego we krwi zadu po porodzie, szczenięta zostawiłam w piankowym legowisku, najedzone, śpiące pod lampą. Po powrocie zastałam ową delikwentkę wrzeszczącą wniebogłosy. Przeczołgała się przez całą porodówkę, wcisnęła się pomiędzy dwa pręty kojca (nie zdążyłam jeszcze założyć ochraniaczy) i utknęła. Do przodu nie da rady, bo żebra blokują, do tyłu też nie, bo barki za szerokie. Ja pierniczę … zapowiada się ciekawy egzemplarz 🙂 Dezerterkę oczywiście wyjęłam z potrzasku bez uszczerbku, bo do zadań specjalnych trzeba używać głowy a nie mięśni 🙂

31.05.2026
Szczenięta weszły w czwarty tydzień życia. Najciekawszy okres w rozwoju, spektakularna zmiana w zakresie wyglądu (rośnie kłak i podszerstek). To okres, kiedy wprowadzam po raz pierwszy mleko w miseczce i stały pokarm w postaci surowego mięsa. Nauka używania języka – niby tak banalne, a jednak trudne. Wszystko jest nowe – miseczka najpierw szklana, potem metalowa. Najpierw z ręki, później już w podajniku. Uczą się błyskawicznie korzystania z różnego rodzaju „sprzętów”. Reagują na mój głos, który oczywiście kojarzy im się z jedzeniem. Bramka do kojca musi być zamknięta, inaczej wędrują po całym pokoju. Karmienie obecnie co trzy godziny, raz dziennie mięsko, pozostałe posiłki mleczne. Wera nie chce z nimi spać już w nocy, więc chcąc nie chcąc muszę wstawać co te 4 godziny, żeby dzieciaki nakarmić.
Mając trzy i pół tygodnia poruszają się już stabilnie bez utraty równowagi, bawią się między sobą, warczą, komunikują, szczekają. Zęby już wyrżnięte więc jest czym mordować pluszaki. Do kojca wjechały też duże misie, na których maluszki lubią spać. Panienka bez obroży trenuje już wspinaczkę po osłonach kojca, żeby zajrzeć co jest za nimi J Dziś po raz pierwszy poczułam ciężar na nogawce – komuś spodobały się moje spodnie od piżamy J
Szczenięta po pierwszym odrobaczeniu, jutro kolejne z serii profilaktyki. Zaliczyły też pierwszą sesję zdjęciową – galeria przy każdym z imion.
Z nadawaniem imion coraz trudniej, ponieważ po raz trzeci przerabiam alfabet, a staram się żeby się one nie powtarzały. Po długim namyśle w miocie mamy:
GLADIATOR (fioletowa obroża) FOTOGALERIA
GREYSON (czerwona obroża) FOTOGALERIA
GUARDIAN (brązowa obroża) FOTOGALERIA
GHOST (niebieska obroża) FOTOGALERIA
GINGER (szara obroża) FOTOGALERIA
GALICJA (żółta obroża) FOTOGALERIA
GERDA (różowa obroża) FOTOGALERIA
GOLDI (błękitna obroża) FOTOGALERIA
GAIA (turkusowa obroża) FOTOGALERIA
GAURI (bez obroży) FOTOGALERIA
