Owczarek niemiecki długowłosy
Miot C (3)

Dwanaście lat prowadzenia hodowli. Różne psy, suki, różnie przebiegające cieczki. Różne temperamenty u suk. Rozjechane hormonalnie cieczki, cieczki bezowulacyjne, krycia w 7 dniu cieczki – no już naprawdę wiele rzeczy przerobiłam w pracy hodowcy i wydawało by się że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Jakże się myliłam!
Zawsze bardzo starannie określałam początek cieczki u suk, żeby wiedzieć, kiedy muszę zwiększyć czujność żeby w odpowiednim momencie odizolować je od samców. Jakkolwiek każda z suk przechodzi ruję inaczej, jednak schemat jest powtarzalny, a dla tej konkretnej wręcz identyczny. Wydawałoby się, że kiedy kolejno następują po sobie fazy cieczki, obserwuję i psa (psy) i sukę, to nic mnie nie zaskoczy. A tu się okazuje, że matka Natura czy też jej córka Biologia, zwyczajnie pokazały mi fuck`a
Livia w sierpniu 2024 roku wydała na świat przez cesarskie cięcie 13 dorodnych szczeniąt. Od tamtej pory nie miała cieczki (a powinna dostać wg schematu w połowie grudnia). Cieczka rozpoczęła się 10 lutego. Obfite krwawienie, książkowo ruja właściwa po około 10 dniach (i tu już pełna izolacja). Jaguar i Voltan dostawały amoku. Wojtuś standardowo w miłosnym transie odmawiał jedzenia. Mijały kolejne dni, zainteresowanie powoli słabło. W międzyczasie Greta dostała cieczkę, więc zainteresowanie chłopaków przeniosło się na nią. Livia przestała być interesująca. Po trzech tygodniach {a dokładnie 22 dniach) puściłam ją pod nadzorem do stada. Luzik, żadnych amorów. Czyli zgodnie z regułą, cieczka się skończyła. Następny dzień (23 dni od rozpoczęcia cieczki), poranne wyjście na wybieg – wszyscy razem (no bez Grety oczywiście), zero zainteresowania. Odhaczyłam cieczkę jako zakończoną . Dwie godziny później przygotowałam śniadanie dla stada i jak zawsze wpuszczałam do domu po dwie – trzy sztuki , żeby zjadły posiłek, a następnie wypuszczałam na zewnątrz, żeby mi w domu nie robiły sztucznego tłoku. Pierwsza trójka – reszta stoi pod drzwiami niemal wpadając do środka, kiedy je otwieram. Wśród nich Livia, jako pierwszy głodomór. Druga tura – to samo. Kiedy otworzyłam drzwi po raz trzeci, stanęłam jak wryta i szczęka huknęła o glebę. Ujrzałam przed sobą, Gismo stojącego na tarasie w dziwnej pozycji i tuż za nim (poniżej) Livię. Mój mózg potrzebował kilku sekund, żeby przerobić obraz, który stanął mi przed oczami. Oni stali skleszczeni !! Ale jak? Dlaczego? Jak to możliwe?? Pomyślałam sobie, że może wyczuł jakiś zapach na portkach i ją pokrył? On jest do tego zdolny. Eee, na pewno już za późno … nic z tego nie będzie …
Ale nie dawało mi to spokoju. A ponieważ jechałam z Gretą do weta na badanie progesteronu, zabrałam tą małpę też. Cytologia wskazywała niebezpiecznie, ale progesteron rozwiał moje wątpliwości i pozbawił złudzeń. Niestety Livia nadal (albo znowu) była w fazie oestrus…
Nie pozostało mi nic innego jak odczekać te 26 dni i zobaczyć czy krycie było skuteczne. Podanie leków poronnych nie wchodziło w rachubę, ponieważ częstym „powikłaniem” jest ropomacicze. Sama cesarka, którą Livia miała przy poprzedniej ciąży, nie stanowi zagrożenia dla ewentualnej ciąży teraz. Nawet mówi się że wskazana jest ciąża po cesarce, żeby na macicy nie tworzyły się bliznowce.
I tak oto 30 dnia po kryciu, wykonałam USG brzucha, które NIE POTWIERDZIŁO CIĄŻY. Ufff…
Za to USG u Grety – tak 🙂 Mimo że nie doszło do naturalnego krycia, a miała miejsce inseminacja. W sumie nie wiem dlaczego. Może dla reproduktora u którego byłyśmy, progesteron był zbyt niski? U Grety bardzo szybko rośnie progesteron po owulacji i bardzo ciężko trafić w ten idealny dla samca moment. Chociaż Gismo w ubiegłym roku nie miał z tym problemu 😉
Tak więc ciąża potwierdzona. Co prawda malutka , bo tylko 3 kapsułki, ale jest. Czasem jedna lub dwie się gdzieś schowają i nie widać ich w trakcie pierwszego badania. Drugie – kontrolne w 40 dniu ciąży, nadal ujawniało 3 płody. I na taką ilość byłam przygotowana w czasie rozwiązania. I nie pomyliłam się 🙂 Greta przetrzymała mnie z tym porodem do 65 dnia. Strasznie długo! Już miałam zaplanowana wizytę u doktora, kiedy odeszły wody. Dobrze że już siwa jestem …
Jak na tą ilość szczeniąt, poród był długi. Prawie 6 godzin. Pierwsza urodziła się suczka bikolor – „na sucho” Waga super ciężka – 740 gram. Drugi przyszedł na świat chłopczyk (czarny) też bardzo duży bo 690 gram, niestety był dramatycznie zalany i serduszko już nie biło… 🙁 Nie byłam w stanie mu pomóc. Ostatnia zawitała na nowych włościach czarna suczka, o którą też długo i intensywnie walczyłam, żeby udrożnić drogi oddechowe po porodzie. Nie wiem dlaczego te maluchy takie podtopione… Za późno ten poród? Wydawało by się że natura wie, kiedy jest gotowa do wydania szczeniąt na świat. Sama już nie wiem.
Tak więc są dwie panny „bliźniaczki” One dwie a cycuchów 8. Już widzę jak będą rosły przy takiej ilości żarcia 🙂 Grecia opiekuje się dziećmi wzorowo, powiedziałabym wręcz relaksuje się przy nich.
22.05.2025
Panny skończyły dwa tygodnie. To będzie owczarek niemiecki długowłosy wersja XXL hahaha. Pączusie, bambaryły, balerony – tak czule nazywam te przesłodkie istotki. Oczka już otwarte, siadają i próbują nawet chodzić, co w sumie wydaje się niemożliwe przy ich masie. Nie ważyłam ich jeszcze (boję się) . Na oko wyglądają jak 4 tygodniowe szczenięta. Za tydzień będą odrobaczane, więc będę musiała sprawdzić wagę. Tymczasem siadam tak z nimi i miącham te mięciutkie tłuściutkie dupska i brzusie. No cudne są.
Panienki otrzymały imiona :
CAMELIA (suczka bikolor)
CATLEYA (suczka czarna)
16.06 2025
Bliźniaczki aktualnie w wieku 5,5 tygodnia. Waga dziewczynek nadal w klasie sumo. Camelia (bikolorka) na 5 tygodni miała 4.900 a Catleya (czarna) 4.700 czyli niewiele mniej. Dźwiganie dupska było dość trudne, ale dziewczyny dały radę. Jesteśmy po dwukrotnym odrobaczeniu (nie było robaków) i dziś pierwsze szczepienie. Kontakt ze stadem zaliczony. Przy pierwszym razie miałam trochę obaw czy nie będą wystraszone, bo to pierwszy miot, który odchowuje się w nowym domu, z daleka od wrzawy stada, ale byłam mile zaskoczona, jak pięknie sobie dzieciaki poradziły przy pierwszym wyjściu na zewnątrz. Co prawda ja im zapewniam dużo wrażeń fonetycznych, no ale to nie epicentrum wydarzeń. Teraz jak tylko to możliwe, spędzamy trochę czasu na ogrodzie ze stadem lub bez, żeby panny poznawały otaczający świat. Przy upałach powyżej 25 stopni są to krótkie wyjścia najczęściej rano lub pod koniec dnia, bo jest im zwyczajnie gorąco i bardzo się irytują.
W domu siadamy sobie w kojcu (muszę mieć długo rękaw i długie spodnie) i bawimy się w podgryzanie, tupania lapami, wywracanie na plecy (Camelia lubi, Catleya nie). Zaskakująca jest ich sprawność biorąc pod uwagę ich wagę. Camelia jest zdecydowanie spokojniejsza. Catleya mały szatan – tylko patrzy co by tu … A to obżera mi buty, a to ciągnie za gumkę od włosów, a to za rękawy. A ząbki wiadomo mają jak szpileczki. Przyjemnie patrzeć jak się fajnie rozwijają. Nowe fotki z kolejnych tygodni w albumach.
Panienki zaszczepione, zachipowane, gotowe do opuszczenia hodowli. Każdego dnia poranny rytuał to zabawa ze stadem na podwórku – zamykam bramki żeby ograniczyć trochę teren, jaki muszę nadzorować i szaleją z dorosłymi między domkiem drewnianym a kojcami. Bez problemu pokonują niskie schodki (muszę uważać bo próbują zeskakiwać z tego wyższego}. Razem wychodzimy na duży wybieg, gdzie wytracają nadmiar energii. Pięknie jedzą z miseczek – teraz już pilnuję żeby każda zjadała swoje , bo jak to bliźniaczki, wszystko robiły razem, więc i jadły z jednej michy. Na dzień dzisiejszy waga tych gigantek – 6,800 Catleya (czarna) i 7,200 Camelia (czarno-brązowa). Ich rodziny już nie mogą się doczekać na jutrzejsze spotkania.

