Owczarek staroniemiecki
Miot F (3)

10 luty 20206
61 dzień ciąży Jessie. Wg moich obliczeń na ten dzień przypadał termin rozwiązania. I wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały – Jeska nie tknęła śniadania, trochę kopała w posłaniach i o 12.30 pojawił się spadek temperatury zwiastujący nadchodzące rozwiązanie. Miałam cichą nadzieję, że dotrwamy do wieczora (suki lubią rodzić pod osłoną nocy), jednak już o wpół do trzeciej puścił czop śluzowy i odeszły wody. I chwilę później usłyszałam pierwsze parcie. No tak … to nie doczekamy do wieczora…
Doglądając sytuację kręciłam się jeszcze po domu dopinając codzienne obowiązki. Prawidłowo pierwsze szczenię powinno się pojawić maksymalnie do dwóch godzin od pierwszego parcia. Tymczasem u nas dwie godziny minęły bezowocnie. Czas płynął, Jessie od czasu do czasu miała serie parć, niestety maluszka jak nie było tak nie było. Nie pomagały masaże brzuszka, spacerki, nic. Zrobiła się osiemnasta, więc zadzwoniłam do kliniki pod Poznaniem i umówiłam nas na badanie USG z możliwością cesarskiego cięcia. Czas dojazdu 1h 15 minut. Zapakowałam najpotrzebniejsze rzeczy tak „na wszelki wypadek” bo jednak to kawałek drogi i wszystko się mogło po drodze wydarzyć. Na dworze już ciemno. Mgła taka, że 50 metrów i otchłań. Dookoła lasy i pola więc dużo zwierzyny. Z jednej strony pośpiech, z drugiej maksymalne skupienie. Gdzieś po drodze minęłam w wiosce radiowóz (miałam na liczniku 60 km/h). Rzut okiem we wsteczne – nie jadą za mną, nie machają. Uff. W razie czego powiem że z rodzącą na sygnale jadę, tylko koguta nie mam .
W samochodzie radio wyciszyłam, żeby słyszeć co tam z tyłu się dzieje. Była cisza. Ujechałam niecałe dwadzieścia kilometrów i nagle słyszę dochodzące z „paki” cichutkie kwilenie …
Szybki research na pobocza (było by łatwiej gdybym wysiadła i oblukała na żywo, bo w tej mgle g*** widać!) w poszukiwaniu zjazdu na pole lub prywatnej polnej drogi, żeby zjechać z asfaltu i stanąć. Nie odważyłam się zatrzymać na ulicy nawet na awaryjnych, bo w tej mgle na bank mi ktoś przypie*doli. JEST! Stoję. Ręczny, szybki odwrót na siedzeniu, zapaliłam reflektor (taki zakładany na akumulator z doskonałym światłem), I co widzę? Ano Jessie leży sobie zadowolona a obok niej już oporządzone, jeszcze mokre dziecko. Bawełniana powłoczka położona na podłogę bagażnika wchłonęła potężną dawkę wód płodowych. Ale to i bardzo dobrze. Mokro ale nie pływamy. Obejrzałam przybysza (jak się potem okazało to dziewczynka) czy nie krwawi pępowina, czy nie muszę zakładać klamry. Ale nie. Zawinęłam więc w ręcznik frotte żeby było cieplej i położyłam przy Jessie, a sama odwróciłam ponownie do kierunku jazdy. Mówię sobie dobra … zaryzykuję … wracamy. O ile cofanie w czeluściach piekielnych, we mgle, kiedy ma się przyciemniane szyby, jest powiedzmy sobie dość karkołomnym manewrem, to wycofanie z wąskiego wjazdu pomiędzy drzewami w warunkach jw. dodatkowo z zaparowanymi szybami i potężnym światłem z tyłu samochodu uważam za lekko abstrakcyjne. Nie widzę gdzie zaczyna się asfalt, i kiedy mam wykonać skręt, żeby dupa samochodu wylądowała na pasie a nie w rowie albo na pobliskim drzewie. Mój astygmatyzm w takiej sytuacji nie pomaga… Ale nic… zdesperowana i nie powiem lekko zdenerwowana, wygramoliłam się z tej pułapki za drugim razem. Kontrolny look do tyłu – oczywiście Jessie już nie leży z maluszkiem tylko po drugiej stronie paki. Oo nie! Dziecko mi zmarznie! Dawaj malucha w ten ręcznik jak w kokon i za pazuchę. Jedziemy. Ujechałam kilka kilometrów i znów podejrzany dźwięk z tyłu. Tym razem to nie było kwilenie. Jessie urodziła drugie szczenię i właśnie je „rozpakowywała” . Tym razem miałam ciut szczęścia, bo akurat mijałam jakąś firmę, przy której był oświetlony parking. Szybka akcja jak poprzednio – zjazd, hamulec, dziecko zza pazuchy w ręczniku odłożyłam na siedzenie pasażera do takiego łóżeczka dla szczeniąt i obrót na kolana do tyłu. Niestety to maleństwo nie wykazywało oznak życia. Próbowałam jeszcze na tyle co mogłam w tej pozycji rozetrzeć, strząsnąć, odessać … Niestety. Nie udało mi się przywrócić funkcji życiowych.
W międzyczasie, kiedy ja ratowałam maleńką istotkę, pierwsza urodzona postanowiła pozwiedzać wnętrze samochodu. Wygramoliła się jakoś z tego kokonu i oczywiście spadła piętro niżej na podłogę przed fotel. Tam na szczęście lądowanie było bezkolizyjne ze względu na leżący ogrom smyczy, a na nich jeszcze bawełniane szmatki. A że ja prawie zeszłam na zawał, to tylko szczegół.
Dwa kilometry przed domem po raz trzeci usłyszałam kwilenie noworodka. Aż sobie wtedy rzuciłam głośno „ Jeska … kurwa … noo chyba żartujesz!” Cztery i pół godziny martwej ciszy a teraz w 30 minut trzecie szczenię?? Tym razem młoda wędrowniczka razem ze mną przeniosła się na pakę, gdzie nieco ogarnęłam trzeciego brzdąca i już oba razem, pod asystą mojej prawicy w koszyczku, bezpiecznie dojechały do domu. Trochę się źle zmienia biegi lewą ręką, ale czego się nie robi, kiedy się musi …
I tak oto przed dwudziestą dotarłyśmy do domu. Reszta porodu przebiegła bardzo sprawnie. Oczywiście panna nie omieszkała zrobić sobie dwugodzinnej przerwy po tej eskapadzie, co już jej zapowiedziałam, że jak się nie ogarnie, to wsadzam ją do samochodu i będziemy jeździć wkoło komina 🙂 Między 21.30 a drugą w nocy przyszła na świat pozostała część miotu w ilości ośmiu sztuk. Wśród nich jeszcze jeden psi Aniołek … 🙁
Tak więc mamy 9 szczeniąt. Pięć czarnych piesków i cztery czarne suczki. W pierwszych godzinach dwójka (żółty i fioletowy) nie miały odruchu ssania. Memlały tego cyca, lizały ale nie potrafiły wytworzyć podciśnienia. Cierpliwie dostawiałam je do matki nakierowując na sutki. Otwierałam pychol, czasem wkładałam palec sprawdzając czy odruchowo zaciskają szczękę. W końcu nad ranem powoli najpierw jeden, potem drugi „zaskoczyły” i już nie było więcej problemu.
Pierwsze 72 godziny od narodzin, to zawsze taka ”poduszka bezpieczeństwa”. Nigdy przed upływem tego czasu nie przyjmuję rezerwacji na szczenięta, ponieważ w tym okresie, jeśli urodzone szczenię ma jakąś wadę, której nie widać gołym okiem przy narodzinach, to w 99,9% wychodzi to na jaw właśnie przed upływem trzeciej doby. Dziś (13.02) musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji dla hodowcy… Decyzję o …
U dziewczynki z niebieską obróżką, która urodziła się jako pierwsza w samochodzie, pod koniec pierwszej doby życia zauważyłam niepokojąco duży (wzdęty) brzuszek. Podkurczała nóżki, pomrukiwała często – to objaw dolegliwości bólowych. Czasem zdarza się, że Matka karmiąca pominie przy którymś obrządku jedno szczenię. W takiej sytuacji wyręczam maminkę i sama masuję brzuszek, żeby dziecko opróżniło pęcherz i jelita. Pomaga też ciepły masaż pod strumieniem wody, kropla espumisanu. Wszystkie te zabiegi przynosiły ulgę na chwilę. Maleństwo zasypiało, ale po następnym karmieniu problem powracał. Pojawił się kłopot z oddawaniem kału. Jakby zaparcia. Do wcześniejszych działań doszła jeszcze lewatywa, która faktycznie jakby ułatwiała defekację, ale mimo wszystko ten kał był strasznie suchy i w bardzo małej ilości. Cały czwartek i pół nocy z czwartku na piątek walczyłam różnymi metodami o usprawnienie tego wypróżniania. W miarę upływu czasu widziałam, że siły ją opuszczają, mimo że starałam się, żeby przy każdym karmieniu miała najlepszego cyca. Widać było że gaśnie …
W piątek 13.02 rano pojechałam z nią do weterynarza zrobić USG tego brzuszka. Na ekranie ujrzałam coś, czego nie chciałam zobaczyć… Wolny płyn w jamie brzusznej, pływające narządy (nerka, śledziona), nieprawidłowy obraz jelit… to było jedno wielkie cierpienie dla tego maleństwa… 🙁 Prawdopodobnie malutka miała ZWO (zespolenie wrotno-oboczne). Dla potwierdzenia oczywiście trzeba by było wykonać serię badań, na które ona była za malutka. Nie mogłam pozwolić dziecku cierpieć, a niestety ból towarzyszył jej nieustannie od ponad 24 godzin. Pozostawienie jej przy życiu byłoby aktem okrucieństwa, patrzeniem na powolną agonię, więc podjęłam jedyną słuszną decyzję… decyzję o humanitarnej eutanazji 🙁
Myślę, że Jessie wiedziała od początku, że ona jest inna, dlatego ją pomijała w tych zabiegach. Ona czuła. One wiedzą lepiej niż my…
Śpij spokojnie Aniołku. Biegajcie po niebieskich łąkach całą trójką 🙁


21 luty 2026
Jedenasta doba życia szczeniąt. Powolutku zaczynają się otwierać oczka i kanały słuchowe. Maluchy powoli próbują sił na łapkach – coraz częściej to obżarte brzucho odrywa się od ziemi. Oczywiście lenistwo i wygoda nadal bierze górę nad używaniem noska i instynktem przetrwania, bo zamiast ruszyć doopsko o 20 cm i poszukać z której strony zaparkowała mleczarnia, to leży taki delikwent jeden z drugim i wydaje dźwięki podobne do skrzeku ptaka … skrzypienia szafy … głośnej czkawki … zacinającego się silnika … sama nie wiem. Trudno to określić. Niemniej to nic innego, jak dramatyczny lament z powodu zagubienia się w czasoprzestrzeni i otchłani porodówki i wołanie o pomoc do leżącej tuż obok Jessie, która często patrzy na ciamajdę z politowaniem. I nie, niee, wcale nie biegnę wtedy żeby ratować dziecko z opresji. Czekam cierpliwie aż głód wygra z rzekomą bezradnością.
Jest ich ósemka, więc przy każdym karmieniu wszystkie szczenięta mają dostęp do sutków. Widać że mleko matki jest treściwe i sycące. Dzieciaki po dwóch sesjach mlecznych odpadają opite jak kleszcze, osuwając się po leżącym piętro niżej rodzeństwie 🙂
Jeska karmiona jest naturalnie (nie karmą), co sprawa że i maluchy zyskują zdrowszy pokarm. Na chwilę obecną Dzienna porcja to 1,7 kg mięsa plus wypełniacz, warzywa i suplementy niezbędne przy karmieniu. I robi trzy malutkie kupki w ciągu doby 🙂 Wszystko ładuje w dzieciaki. Szczenięta rosną, więc porcja systematycznie wzrasta, docelowo myślę że będą to 2 kg mięsa na dobę plus dodatki.
Na ten moment szczenięta nie wykazują żadnych różnic w zachowaniu. Rosną równo, proporcjonalnie do wagi urodzeniowej. W pierwszym tygodniu życia podwoiły swoją wagę. To bardzo dużo!
Przy nowo narodzonych szczeniętach, muszę nieustannie kontrolować sytuację w psiej sypialni, a to oznacza nawet 4 – 5 krotne wstawanie w nocy. O tyle to dla mnie w ostatnich dniach było trudne, że pewien nieodpowiedzialny pracownik serwisu poczęstował mnie grypą, i od poniedziałku wieczora zaczęła się gehenna… Ból wszystkiego (stawy, mięśnie, skóra, nawet włosy), palące gardło, temperatura pod 39, dreszcze, kompletnie zapchany nos i inne ciekawe grypowe objawy, do tego jeszcze trudności ze snem, totalne zmęczenie, osłabienie … no wymarzony moment na taką jazdę zaraz po porodzie, kiedy potrzebuję być w pełnej mobilizacji.
Dziś już powoli wracam do żywych, ale maseczka przy wizycie u szczeniąt nadal obowiązkowa.
Wybrałam już imiona dla szczeniąt, z przydziałem jeszcze chwilkę poczekam. W miocie będziemy mieli:
Fama-Keja
Florencja
Flamma (płomień)
Flavius
Faraon
Fidelius (strażnik tajemnicy)
Future
Ferox (dziki, nieustraszony)

25 luty 2026
Szczenięta weszły w trzeci tydzień życia. Co to oznacza? Ano tyle, że już nie pełzają, tylko poruszają się na łapkach. Widzą, słyszą, przeobrażają się powoli w miniaturki owczarków. Przestają być krecikami. Rośnie powoli podszerstek, więc mogę wyłączyć kwokę. Nie zmarzną. Jak mruczą że im chłodno, to narzucam im na głowy polarowy kocyk 🙂 I zaraz robi się cisza. Kojarzą mój zapach z jedzeniem, bo wystarczy że wejdę do pokoju, natychmiast robi się zamieszanie. Jeska ma coraz większy problem ze znalezieniem wolnego kawałka , żeby położyć się do karmienia. A jak usiądzie, to już nie ma szansy się położyć, bo szczenięta pchają się pod nią z każdej strony. Z karmieniem też już problem, bo osiem takich klocków zwyczajnie nie mieści się przy cyckach. Tak że obecność przy każdym karmieniu obowiązkowa. Mam wtedy pewność, że wszystkie są najedzone a u Jessie nie dojdzie do zapalenia gruczołu. Było by idealnie, gdyby suka miała sutki naprzemiennie a nie parami. No coo …? Pomarzyć można.
Trzeci tydzień to także okres zwiększania zasięgu poruszania się maluchów. Oznacza to, że muszę zamykać bramkę od porodówki, inaczej co rusz znajduję któregoś wędrowniczka na środku pokoju. Wyjść jest fajnie, ale wrócić już się nie da. Za chwilkę zaczną wyrzynać się mleczne zęby. Pazurki już zostały obcięte, żeby nie kaleczyć maminego brzucha.
Dziś szczenięta po raz pierwszy zostały odrobaczone. Nie były zadowolone z tego powodu. Kto to w ogóle wymyślił, żeby takim małym kochanym misiaczkom, podawać jakieś wstrętne zawiesiny ? Fujjj!
Kontrolne ważenie (zawsze przed odrobaczeniem) – na liczniku dziś średnio 1,600 gram . Rekordzista (nie powiem który) – 1750 !!! Muszę go trochę przerzucić na mniej mleczne sutki, niech inni też skorzystają. W tygodniu ma się u nas pojawić na termometrze 15 stopni na plusie . Jak się uda, wykorzystam tą aurę na indywidualne fotki na zewnątrz.
I tak oto stała się jasność! A dokładniej jasne, kto jest kim i jaką nosi obrożę 😉
I taaak ….
piesek czarny (czerwona obroża) – FANTOM — FOTOGALERIA
piesek czarny (brązowa obroża) – FEROX (dziki, nieustraszony) — FOTOGALERIA
piesek czarny (żółta obroża) – FLAVIUS — FOTOGALERIA
piesek czarny (fioletowa obroża) – FIDELIUS (strażnik tajemnic) — FOTOGALERIA
suczka czarna (beżowa obroża) – FAMA-KEJA – FOTOGALERIA
suczka czarna (różowa obroża) – FLAMMA (płomień) — FOTOGALERIA
piesek czarny (szara obroża) – FARAON — FOTOGALERIA
suczka czarna (bez obroży) – FLORENCJA — FOTOGALERIA
07.03.2026 (sobota)
Starą zasadą jest u hodowcy jak również w przypadku posiadania dzieci, że jak się cos dzieje niedobrego, to albo jest święto, albo weekend, albo noc. Bo przecież nie może się coś wydarzyć w tygodniu, kiedy jest dostępny weterynarz… A jeden mój wet na szkoleniu weekendowym, drugi mój podręczny wet – na urlopie.
Dziś rano na porannym obchodzie około siódmej rano, zaniepokoiło mnie zachowanie Jessie. Wczoraj wieczorem, nawet w nocy jeszcze byłam u niej u dzieci, i wszystko było OK. Tymczasem pierwsze co mnie zastanowiło, to sposób, w jaki robiła kupę. Może to dziwnie zabrzmi, ale kiedy się przebywa z psami 24 h/dobę, chcąc nie chcąc obserwuje się je mimowolnie. Wiem jak piją wodę, jak robią kupska, gdzie (każdy ma swoje miejsce) itp. I właśnie zdziwiło mnie, że Jessie nie przykucnęła do tej kupy jak zawsze, a jedynie zadarła ogon robiąc praktycznie na stojąco. To sprawiło, że zaczęłam się jej baczniej przyglądać. Kolejna rzecz , która wzbudziła mój niepokój, to sposób jej poruszania. Chodziła jakby była pijana. Zarzucało jej lekko tyłem, czasem się potknęła, siadała tak dziwnie na zadzie – na boku. Każde z tych zachować było „abnormal”. Wzięłam ją do domu, zmierzyłam temperaturę – miała lekki stan podgorączkowy 39,2. W domu położyła się na posłaniu bo nogi się pod nią uginały, ale grymas pyska i pozycja jednej z przednich łap wskazywały na napięcie mięśni. Dyszała. Bez zastanowienia zapakowałam ją do samochodu (wskoczyła bez problemu) i razem z dwoma innymi pannami, które miały dziś umówione badanie krwi, pognaliśmy do gabinetu. Co prawda pani doktor na urlopie jak już wcześniej wspomniałam, ale jej pomocnica-technik weterynaryjny, zgodziła się wykonać na cito badanie krwi. Morfologia, biochemia z jonogramem, poza jednym parametrem wzorowo. No właśnie, poza jednym. I ten nieprawidłowym parametrem okazał się fosfor. Bardzo mocno zaniżony. Objawy i zachowanie Jessie zgadzały się z opisem niedoboru tego pierwiastka. Szybka akcja – golenie łapska, zainstalowany wenflon i do domu kroplówki z elektrolitami oraz NaCl. Wracałyśmy z powrotem na sygnale, bo cycuchy przepełnione mlekiem, obijały się już o kolana. W domu najpierw karmienie a potem już spokojnie zainstalowałam zestaw do infuzji, podłączyłam pierwszą kroplówkę i … no właśnie. I powinno lecieć. No ale gdzie … no po co? Dlaczego miało by zadziałać tak jak powinno, kiedy można inaczej… Wenflon drożny (przepłukany dwa razy!), butla wisi wysoko, jak odpięłam wężyk od wenflonu – leci. Podpinam ponownie – nie leci. Już mi się ciśnienie podniosło. Kur** Co jest? Po trzeciej próbie zdesperowana chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Przyjaciela ( a konkretnie Przyjaciółki), która na kroplówkach zęby zjadła. I chyba jej dobra energia pomogła uruchomić to ustrojstwo.
Dobra, leci … Kamień z serca. Zaczęłyśmy analizować sytuację, wyniki, i wspomagając się ChatemGPT rozwiązałyśmy zagadkę. Okazało się, że winien jest … preparat wapniowy, który Jessie otrzymuje od kilku dni jako suplement diety. Wcześniej dostawała inny – cytrynian wapnia z Pokusy, i tam było wszystko OK. Po zmianie preparatu na węglan wapnia firmy Canina (ten z Pokusy się skończył), w wyniku błędniej informacji na etykiecie, doszło u Jeski do wzrostu poziomu wapnia w takim stopniu, który upośledza wchłanianie fosforu. Tak to działa w organizmie. Stosunek wapnia do fosforu musi być zachowany.
Dobrą wiadomością jest to, że po podaniu elektrolitów, wyregulowaniu dawki Ca, bardzo szybko organizm wraca do normy.
Nie przyszło mi go głowy analizować skład preparatu weterynaryjnego, który kupuję z konkretnym przeznaczeniem. Ręce człowiekowi opadają. Cycki też.
Jak ja to mówię … człowiek cale życie się uczy a i tak głupi umiera.
Maluszki natomiast mają się świetnie. Łażą już po tym swoim pokoiku, zaczęły się bawić, gadają, szczekają, a jak chórem wrzeszczą! Wprowadziłam już mleczko z miodem, masełkiem i żółtkiem i powoli zaczynamy odstawkę od cyca. Gruba – taką ksywę dostała Florencja – ta to będzie gagatek. Warczy skubana jak jej się coś nie podoba. Próbuję ją przestawić przy cycu – warczy. Ktoś ją szturcha kiedy śpi – warczy. I lubi spać sama. Wędruje na kocyk w stos pluszaków i tam się mości.
Różowa z kolei (Flamma) – ona ma życiowego pecha. 🙂 Gdziekolwiek podczas karmienia przypadnie jej kranik z mlekiem, zawsze w tym jednym leci mniej! Inne nadal piją a ta już próbuje wypchnąć sąsiada ze stołówki, bo w jego kraniku na pewno leci bardziej! Boki można zrywać. To lepsze niż kino domowe.
17 marca 2026
Pięć tygodni dziś. Waga szczeniąt oscyluje na poziomie 3,6-3,8 kg! Dzieciaki są po drugim odrobaczeniu, i jak nic nie wyskoczy, to w czwartek pierwsze szczepienie. Co mam na myśli mówiąc „nic nie wyskoczy”? Niewyjaśnionym dla mnie pozostaje fakt, że kiedy nadchodzi czas szczepienia, zaczyna się jazda z kupami. Najczęściej jedno szczenię , bóg raczy wiedzieć z jakiego powodu, ma luźniejszą kupę. I się zaczyna… Jedno się wypróżnia, reszta zżera. Chwila moment i srają wszystkie. I ze szczepienia nici. Bo dzieci do szczepienia muszą być zdrowe. Konia z rzędem temu, kto rozwiąże tą zagadkę.
Dzieciaki dostały zabawki. Takie już poważniejsze, oprócz tych pluszaków do spania, które miały wcześniej. Tarmoszą je, mordują, obgryzają. Nie ma tam oczywiście żadnych twardych elementów takich jak oczy czy noski. Gryzaki gumowe lub kauczukowe skubią sobie, noszą. Piłki, kostki, ringa – testują każdą opcję. Oprócz tego są przecież ręczniki i szmatki bawełniane, które służą jako podkłady do sikania a również nadają się do zabawy, zwłaszcza do łapania za narożnik i przenoszenia go na drugi koniec pokoju. Jednak żadne z wyżej wymienionych nie zastąpi najlepszej zabawki, jaką jest brat/siostra. To są zabawki interaktywne hahah. Nie dość że duże i miękkie, ruchome, wydają dźwięki, to jeszcze każda inaczej reaguje! Można zatopić zęby w karku, wtedy tak fajnie wrzeszczy, można pociągnąć za ogon, albo wykorzystać do walk sumo. Nudy nie ma.
Na stołówkę wjeżdża powoli rozmoczona karma. Na razie tylko dwa razy dziennie, ale stopniowo następuje zamiana. Coraz mniej mlecznie, coraz więcej stałego pokarmu. Maluchy doskonale już wiedzą co oznacza stojak z miskami. I kiedy Jeska kładzie się do karmienia poza kojcem (trzy sztuki idą do opróżnienia cycuchów), reszta wisi na bramce od strony karmidła 🙂 Etap odstawiania od cyca wymaga czujności, żeby te szczenięta, które akurat są przy matce opróżniły dokładnie wszystkie kanały mleczne. Inaczej mamy zapalenie gruczołu mlekowego a to NIE JEST FAJNE ! Kto przeżył, ten wie.
Przy miskach przoduje Fantom. Opędzluje swoją z prędkością światła i dawaj z łapami na chama do michy obok. Drugi obżartus – Fidelius. Powoli ale każdą ilość. No i hrabina Flamma, która przy cyckach wybrzydzała, i przy miskach robi to samo. Mleczko owszem, ale karma jest bee. Poliże, pociamka i odchodzi. Muszę pilnować, bo chętnych na jej porcję nie brakuje. A jedzenie jest wydzielane. W sensie porcjowane. Nie pozwalam szczeniętom jeść do woli.
Z okazji piątego tygodnia dzieci dostały w przydziale nowe lokum, czyli 100 % więcej powierzchni użytkowej. Usprawnia to logistykę (sektor do spania/zabawy/toaleta). Większa sprawność, większe potrzeby. Na przyszły tydzień zapowiadają powrót wiosny, więc ogarnę teren na zewnątrz i… otworzę im drzwi na świat J Póki co z zainteresowaniem oglądają go przez szybę.
