Owczarek staroniemiecki
Miot F (3)

10 luty 20206
61 dzień ciąży Jessie. Wg moich obliczeń na ten dzień przypadał termin rozwiązania. I wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały – Jeska nie tknęła śniadania, trochę kopała w posłaniach i o 12.30 pojawił się spadek temperatury zwiastujący nadchodzące rozwiązanie. Miałam cichą nadzieję, że dotrwamy do wieczora (suki lubią rodzić pod osłoną nocy), jednak już o wpół do trzeciej puścił czop śluzowy i odeszły wody. I chwilę później usłyszałam pierwsze parcie. No tak … to nie doczekamy do wieczora…
Doglądając sytuację kręciłam się jeszcze po domu dopinając codzienne obowiązki. Prawidłowo pierwsze szczenię powinno się pojawić maksymalnie do dwóch godzin od pierwszego parcia. Tymczasem u nas dwie godziny minęły bezowocnie. Czas płynął, Jessie od czasu do czasu miała serie parć, niestety maluszka jak nie było tak nie było. Nie pomagały masaże brzuszka, spacerki, nic. Zrobiła się osiemnasta, więc zadzwoniłam do kliniki pod Poznaniem i umówiłam nas na badanie USG z możliwością cesarskiego cięcia. Czas dojazdu 1h 15 minut. Zapakowałam najpotrzebniejsze rzeczy tak „na wszelki wypadek” bo jednak to kawałek drogi i wszystko się mogło po drodze wydarzyć. Na dworze już ciemno. Mgła taka, że 50 metrów i otchłań. Dookoła lasy i pola więc dużo zwierzyny. Z jednej strony pośpiech, z drugiej maksymalne skupienie. Gdzieś po drodze minęłam w wiosce radiowóz (miałam na liczniku 60 km/h). Rzut okiem we wsteczne – nie jadą za mną, nie machają. Uff. W razie czego powiem że z rodzącą na sygnale jadę, tylko koguta nie mam .
W samochodzie radio wyciszyłam, żeby słyszeć co tam z tyłu się dzieje. Była cisza. Ujechałam niecałe dwadzieścia kilometrów i nagle słyszę dochodzące z „paki” cichutkie kwilenie …
Szybki research na pobocza (było by łatwiej gdybym wysiadła i oblukała na żywo, bo w tej mgle g*** widać!) w poszukiwaniu zjazdu na pole lub prywatnej polnej drogi, żeby zjechać z asfaltu i stanąć. Nie odważyłam się zatrzymać na ulicy nawet na awaryjnych, bo w tej mgle na bank mi ktoś przypie*doli. JEST! Stoję. Ręczny, szybki odwrót na siedzeniu, zapaliłam reflektor (taki zakładany na akumulator z doskonałym światłem), I co widzę? Ano Jessie leży sobie zadowolona a obok niej już oporządzone, jeszcze mokre dziecko. Bawełniana powłoczka położona na podłogę bagażnika wchłonęła potężną dawkę wód płodowych. Ale to i bardzo dobrze. Mokro ale nie pływamy. Obejrzałam przybysza (jak się potem okazało to dziewczynka) czy nie krwawi pępowina, czy nie muszę zakładać klamry. Ale nie. Zawinęłam więc w ręcznik frotte żeby było cieplej i położyłam przy Jessie, a sama odwróciłam ponownie do kierunku jazdy. Mówię sobie dobra … zaryzykuję … wracamy. O ile cofanie w czeluściach piekielnych, we mgle, kiedy ma się przyciemniane szyby, jest powiedzmy sobie dość karkołomnym manewrem, to wycofanie z wąskiego wjazdu pomiędzy drzewami w warunkach jw. dodatkowo z zaparowanymi szybami i potężnym światłem z tyłu samochodu uważam za lekko abstrakcyjne. Nie widzę gdzie zaczyna się asfalt, i kiedy mam wykonać skręt, żeby dupa samochodu wylądowała na pasie a nie w rowie albo na pobliskim drzewie. Mój astygmatyzm w takiej sytuacji nie pomaga… Ale nic… zdesperowana i nie powiem lekko zdenerwowana, wygramoliłam się z tej pułapki za drugim razem. Kontrolny look do tyłu – oczywiście Jessie już nie leży z maluszkiem tylko po drugiej stronie paki. Oo nie! Dziecko mi zmarznie! Dawaj malucha w ten ręcznik jak w kokon i za pazuchę. Jedziemy. Ujechałam kilka kilometrów i znów podejrzany dźwięk z tyłu. Tym razem to nie było kwilenie. Jessie urodziła drugie szczenię i właśnie je „rozpakowywała” . Tym razem miałam ciut szczęścia, bo akurat mijałam jakąś firmę, przy której był oświetlony parking. Szybka akcja jak poprzednio – zjazd, hamulec, dziecko zza pazuchy w ręczniku odłożyłam na siedzenie pasażera do takiego łóżeczka dla szczeniąt i obrót na kolana do tyłu. Niestety to maleństwo nie wykazywało oznak życia. Próbowałam jeszcze na tyle co mogłam w tej pozycji rozetrzeć, strząsnąć, odessać … Niestety. Nie udało mi się przywrócić funkcji życiowych.
W międzyczasie, kiedy ja ratowałam maleńką istotkę, pierwsza urodzona postanowiła pozwiedzać wnętrze samochodu. Wygramoliła się jakoś z tego kokonu i oczywiście spadła piętro niżej na podłogę przed fotel. Tam na szczęście lądowanie było bezkolizyjne ze względu na leżący ogrom smyczy, a na nich jeszcze bawełniane szmatki. A że ja prawie zeszłam na zawał, to tylko szczegół.
Dwa kilometry przed domem po raz trzeci usłyszałam kwilenie noworodka. Aż sobie wtedy rzuciłam głośno „ Jeska … kurwa … noo chyba żartujesz!” Cztery i pół godziny martwej ciszy a teraz w 30 minut trzecie szczenię?? Tym razem młoda wędrowniczka razem ze mną przeniosła się na pakę, gdzie nieco ogarnęłam trzeciego brzdąca i już oba razem, pod asystą mojej prawicy w koszyczku, bezpiecznie dojechały do domu. Trochę się źle zmienia biegi lewą ręką, ale czego się nie robi, kiedy się musi …
I tak oto przed dwudziestą dotarłyśmy do domu. Reszta porodu przebiegła bardzo sprawnie. Oczywiście panna nie omieszkała zrobić sobie dwugodzinnej przerwy po tej eskapadzie, co już jej zapowiedziałam, że jak się nie ogarnie, to wsadzam ją do samochodu i będziemy jeździć wkoło komina 🙂 Między 21.30 a drugą w nocy przyszła na świat pozostała część miotu w ilości ośmiu sztuk. Wśród nich jeszcze jeden psi Aniołek … 🙁
Tak więc mamy 9 szczeniąt. Pięć czarnych piesków i cztery czarne suczki. W pierwszych godzinach dwójka (żółty i fioletowy) nie miały odruchu ssania. Memlały tego cyca, lizały ale nie potrafiły wytworzyć podciśnienia. Cierpliwie dostawiałam je do matki nakierowując na sutki. Otwierałam pychol, czasem wkładałam palec sprawdzając czy odruchowo zaciskają szczękę. W końcu nad ranem powoli najpierw jeden, potem drugi „zaskoczyły” i już nie było więcej problemu.
Pierwsze 72 godziny od narodzin, to zawsze taka ”poduszka bezpieczeństwa”. Nigdy przed upływem tego czasu nie przyjmuję rezerwacji na szczenięta, ponieważ w tym okresie, jeśli urodzone szczenię ma jakąś wadę, której nie widać gołym okiem przy narodzinach, to w 99,9% wychodzi to na jaw właśnie przed upływem trzeciej doby. Dziś (13.02) musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji dla hodowcy… Decyzję o …
U dziewczynki z niebieską obróżką, która urodziła się jako pierwsza w samochodzie, pod koniec pierwszej doby życia zauważyłam niepokojąco duży (wzdęty) brzuszek. Podkurczała nóżki, pomrukiwała często – to objaw dolegliwości bólowych. Czasem zdarza się, że Matka karmiąca pominie przy którymś obrządku jedno szczenię. W takiej sytuacji wyręczam maminkę i sama masuję brzuszek, żeby dziecko opróżniło pęcherz i jelita. Pomaga też ciepły masaż pod strumieniem wody, kropla espumisanu. Wszystkie te zabiegi przynosiły ulgę na chwilę. Maleństwo zasypiało, ale po następnym karmieniu problem powracał. Pojawił się kłopot z oddawaniem kału. Jakby zaparcia. Do wcześniejszych działań doszła jeszcze lewatywa, która faktycznie jakby ułatwiała defekację, ale mimo wszystko ten kał był strasznie suchy i w bardzo małej ilości. Cały czwartek i pół nocy z czwartku na piątek walczyłam różnymi metodami o usprawnienie tego wypróżniania. W miarę upływu czasu widziałam, że siły ją opuszczają, mimo że starałam się, żeby przy każdym karmieniu miała najlepszego cyca. Widać było że gaśnie …
W piątek 13.02 rano pojechałam z nią do weterynarza zrobić USG tego brzuszka. Na ekranie ujrzałam coś, czego nie chciałam zobaczyć… Wolny płyn w jamie brzusznej, pływające narządy (nerka, śledziona), nieprawidłowy obraz jelit… to było jedno wielkie cierpienie dla tego maleństwa… 🙁 Prawdopodobnie malutka miała ZWO (zespolenie wrotno-oboczne). Dla potwierdzenia oczywiście trzeba by było wykonać serię badań, na które ona była za malutka. Nie mogłam pozwolić dziecku cierpieć, a niestety ból towarzyszył jej nieustannie od ponad 24 godzin. Pozostawienie jej przy życiu byłoby aktem okrucieństwa, patrzeniem na powolną agonię, więc podjęłam jedyną słuszną decyzję… decyzję o humanitarnej eutanazji 🙁
Myślę, że Jessie wiedziała od początku, że ona jest inna, dlatego ją pomijała w tych zabiegach. Ona czuła. One wiedzą lepiej niż my…
Śpij spokojnie Aniołku. Biegajcie po niebieskich łąkach całą trójką 🙁


